|
|
16 maj 2012
|
Polubiłam mało – spanie, chyba tak. I bawię się żelazkiem z parą. Para, para, pararara… A od trzech dni uparcie chodzę do szkoły!, sama nie wiem, jak do tego doszło. (To tak w ramach wstępu.)
A kawa… Wczoraj spędziłam parę godzin w cudownym miejscu. Znajoma znajomej znajomego znajomej użyczyła mi – z dobrego serca – atelier, żebym mogła zrobić te swoje zdjęcia, żebym mogła oddać tę chwilę dwójce prześlicznych bliźniaków. (Swoją drogą, wdzięczni wielce modele!) A kawa… Przewija się w ich rodzinie jak szczęśliwa zmorka, jawcia taka mała i słodka, co szturchnie czasem w kłótni, żeby rękę podać na zgodę. Nudną mają historię do opowiadania ich rodzice, jeśli kiedyś usłyszą pytanie o pierwsze spotkanie, oj zupełnie nieciekawą! A ja i tak się w niej zakochałam, się rozczuliłam, zachwyciłam się. Waniliowe latte może zdziałać cuda. (Dobrze wiedzieć, kiedy się je uwielbia i z rozkoszą niemałą popija.)
Cudowne to miejsce mam niemal pod nosem. Poddasze… Na wprost olbrzymie atelier, na lewo ciemnia (zwana pieszczotliwie „ciemnicą”) i po prawej drzwi jak przejście do Narni stare i zniszczone. I za nimi zaczyna się prawdziwie inny, plastyczny świat. W progu uderza mocny zapach farb, gliny i lakieru. Słabo oświetlona pracownia przepełniona sztalugami z niedokończonymi obrazami, trzema starymi piecami i kołem garncarskim (którego urokowi nie sposób nie ulec!) na samym środku.
I kawa. Mnóstwo kawy. I dym papierosowy, który uwielbiam. I jeszcze więcej kawy.
A gdybym z Tobą była… Za mocno jestem, żeby marnować na to czas.
<muzyka!>
Tiru - riru, co ja to chciałam powiedzieć?!
Tak sobie śpiewam, sia la la la...
|
|
Komentarzy:
0
|